Go to content Go to navigation Go to search

Leon

wrzesień 9th, 2008

Zdarzają się takie filmy, które można nazwać arcydziełami skończonymi. Obrazy doskonałe, które olśniewają za każdym razem, gdy je oglądamy, które przeżywamy na nowo, jak podczas pierwszego seansu. Muzyk, poeta, czy malarz najczęściej ma ten luksus, że sam odpowiada za swoje dzieła – film jest rezultatem pracy zespołowej. I dlatego tak rzadko powstają filmy, gdzie każdy aktor jest żywą postacią z krwi i kości, muzyka jest wielką symfonią zmieniającą się w tonacji, kolorycie i tempie, scenariusz jest jednocześnie bliski życia, a z drugiej strony tak fascynujący, że przykuwa uwagę do końca filmu, natomiast zdjęcia są gotowymi motywami na płótno największych mistrzów pędzla. I reżyser, który nad tym wszystkim czuwa, który wykorzystuje twórczy potencjał całego zespołu, a także ofiarowuje swój własny.
Trudno powiedzieć jak wiele takich filmów powstało, ale jednym z ostatnich był, a raczej jest, bo takie obrazy żyją wiecznie, „Leon” Luca Bessona. To absolutne arcydzieło źle trafiło w czas przereklamowanego „Forresta Gumpa”, który to film dał Oscara m.in. śmiesznemu, przeciętnemu aktorowi, jakim jest Tom Hanks. Ani Besson za swą arcymistrzowską reżyserię i przepiękny scenariusz, ani aktor nad aktorami Gary Oldman, ani Jean Reno za rolę życia, z którą wszyscy go utożsamiają, ani  niesamowity kompozytor Eric Serra, ani nadworny operator Bessona, Thierry Arbogast – żaden z nich nie dostał Oscara, który nigdy nikomu tak się nie należał, jak im właśnie za „Leona”.
Historię Leona i Matyldy (debiut wszech czasów Natalie Portman) zna wielu, bo wbrew żałosnym krytykom i pseudo-znawcom, „Leona” pokochali widzowie, kinomani i prawdziwi pasjonaci na całym świecie. Oto dochodzi do czegoś niesamowitego, gdy osierocona dziewczynka, która straciła także rodzeństwo przez skorumpowanych policjantów-morderców, zaprzyjaźnia się z zawodowym zabójcą. Oczywiście nie w tempie ekspresowym, ale z czasem zbliżają się do siebie jak prawdziwa rodzina. Bo Leon nie jest typowym, zimnym mordercą – uwielbia stare filmy (szczególnie musicale z lat 50-tych), pielęgnuje swą ukochaną roślinkę, o którą dba nawet w sytuacji zagrożenia własnego życia, a w obyciu jest bardzo delikatny i nieśmiały. Tylko ma pracę nietypową i jest w tym, co robi, prawdziwym mistrzem. Bo nic innego nie potrafi, dopiero z czasem Matylda uczy go czytać, a swej pracy Leon nie wykonuje z przyjemnością, ma swoje zasady i nie krzywdzi niewinnych. Ten oto zawodowy zabójca o złotym sercu jest całkowitym przeciwieństwem przerażającego policjanta uzależnionego od narkotyków. Norman Stansfield dzięki Gary’emu Oldmanowi jest najbardziej przerażającą postacią w historii kina, jest czystym złem, przez co również tak silnie fascynuje. Jest to „człowiek” inteligentny i zimny, a narkotyki zamiast otępiać, czynią potwora doskonałym. Gary Oldman dokonał czegoś niemożliwego, stworzył kreację tak prawdziwą i przerażającą, tak doskonałą w manipulowaniu swoimi podwładnymi, tak nieobliczalną w swej zgniliźnie, a czasem i wielkim gniewie, że słowa „strach” i „fascynacja” są niewystarczające, by oddać to, co czujemy obserwując go. Jest on symbolem zła całego świata, wszelkiego bestialstwa i cynizmu, bo jak „stróż prawa” może być kimś takim? Stare powiedzenie mówi, że „nie wszystko złotem, co się świeci”, a postać Leona jest drugą stroną medalu – każdy może być kimś dobrym, na ludzi o gołębich sercach możemy trafić tam, gdzie byśmy nigdy się tego nie spodziewali.
Jest w tym filmie wielka siła nadziei, bo oto w świecie pełnym zwyrodnienia, okazuje się, że człowiek obcy, który zajmuje się „sprzątaniem”, jak sam to ujął, potrafi ocalić małą dziewczynkę przed wszechobecnym złem i potrafi jej dać to, czego nie dali jej rodzice, przyjaciele, ani nikt inni, a ona odwdzięcza mu się tym samym. Oboje obdarowują siebie tym, co najlepsze w nich i pokazują, że można zachować człowieczeństwo nawet w środku burzy i wokół „wilków w owczych skórach”.

Leon – 1994, USA /Francja

Slasher McKagan

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.